czwartek

rita mae brown: rubyfruit jungle

kupiłam ją za pośrednictwem i dzięki uprzejmości internetowego empiku. kosztowała jakieś dwadzieścia dwa złote. jest wielkości kieszonkowej, miękko oprawiona, w oryginale kosztuje niecałe sześć euro, osiem dolarów amerykańskich lub jedenaście kanadyjskich.

czytałam ją z przyjemnością. z resztą po coś się książki po skończeniu szkoły czyta - więc jeśli nie z obowiązku, to przyjemność nasuwa się sama jako główna, perwersyjna przyczyna. dlaczego perwersyjna? a dlaczego nie?

czytałam ją wieczorami, żeby nie powiedzieć, że po nocach. kilka nocy tak spędziłam. świątecznych, tych ostatnich nocy kilka. za ścianą chrapały różne żeńskie przedstawicielki rodu, a w moim łóżku molly bolt - sprzedawała bilety na oglądanie fiutka swojego kuzyna w lesie po szkole. zakochiwała się w koleżance z ławki. bzykała się na placu zabaw z naczelną pomponiarą w ogólniaku. doprowadzała do orgazmu pewnego nowojorskiego dziwaka, rzucając w niego grejpfrutami. uwodziła gorącą czterdziestkę - mężatkę, matkę, kochankę utykającego, obleśnego profesora uniwersyteckiego (jesteśmy w męskim szalecie - powiedz jak bardzo chcesz wziąć do buzi mojego penisa). uwodziła kochanka gorącej czterdziestki. uwodziła jej córkę. zastanawiała się, po co być lesbijką i wyglądać jak kierowca ciężarówki. studiowała reżyserię (reżyserowanie?) jako jedyna kobieta na roku. ogólnie zastanawiała się, czemu ludzie robią taką hecę z tego, z kim ktoś sypia, albo jakiego koloru ma skórę, albo jakiej jest płci, albo czy urodził się w małżeństwie, czy jest bękartem..

piękną jest postacią - molly bolt